Byłam tak szczęśliwa, że myślałam tylko o tym, jak to
powiedzieć Markowi? Czy od razu rzucić mu się na szyję i oświadczyć, że będzie
tatą? Czy może przeczekać emocje i zakomunikować mu to w czasie obiadu?
Muszę przecież jeszcze powiadomić dziewczyny! No i mamę...Ona to dopiero się ucieszy...
- Jestem w ciąży! - piszczącym głosem oświadczyłam Brooke przez telefon
- AAAAAAA to super! - usłyszałam ogromną radość!
- Jestem bardzo szczęśliwa i teraz modlę się tylko, żeby wszystko było ok. Jutro zapisałam się na wizytę do ginekologa.
- Wszystko będzie dobrze. A Mark nie zemdlał z radości? - pytała przyjaciółka.
- Zrobię mu niespodziankę i powiem dopiero podczas lunchu.
- Cóż za pomysł? Ja bym tyle nie wytrzymała. - mówiła Brooke.
- Dobra, kochana kończę, bo muszę jeszcze zadzwonić do mamy, a ty powiadom Eve - zakończyłam rozmowę.
- Ok. Trzymaj się. Mam nadzieję, że jutro jak będziesz już po wizycie u lekarza to się spotkamy - nalegała.
- Spoko. Wpadnę do ciebie, to pogadamy - odłożyłam słuchawkę.
Moje całkowite szczęście burzyła jednak myśl: a co jeśli poronię? Znowu? Przecież już raz byłam przez 4 tygodnie w ciąży. Była też radość, a potem ból i smutek. Może zbyt szybko się emocjonuję...
- Mamo, zrobiłam test ciążowy i są dwie kreski - spokojnie powiadomiłam mamę.
- Cieszę się kochanie, a byłaś już u lekarza? - mama jak zwykle ostrożna.
- Jutro idę. Myślę, że tym razem się uda. - miałam wrażenie, że przez słuchawkę widzi moje łzy.
- Na pewno się uda. Bądźcie dobrej myśli. - mama nie wiedziała jak mnie pocieszyć.
- To kończę mamusiu...
- Pa, córeczko. Zadzwoń jutro.
Postanowiłam zjeść śniadanie i wziąć odprężającą kąpiel. Minęła godzina, kiedy zrobiło mi się niedobrze, pewnie to nasz dzidziuś daje o sobie znać, pomyślałam.
Była piękna pogoda, aby spotkać się z mężem, wybrałam spacer. Słoneczko świeciło i aż chciało się żyć. Dobrze, że restauracja nie jest daleko. Po drodze mijałam sklepy z ubrankami dla niemowląt i oczywiście nie mogłam się oprzeć, aby nie wejść do środka. Kupiłam malutkie, białe buciki. Pomyślałam, że jak Mark podejdzie do mnie do stolika to na jego talerzu położę te słodkie butki, bez żadnych słów, bez tłumaczeń. Buciki powiedzą same za siebie. Tak to doskonały pomysł!
Weszłam do „Three Roses". Zamówiłam herbatę z cytryną i czekałam. Przypomniałam sobie nasze pierwsze tutaj spotkanie, prawie nic się nie zmieniło. Ściany nadal są w kolorze bordo z pięknymi białymi różyczkami, a na oknach wiszą lekkie i długie, białe zasłonki z woalu. Tylko krzesła są bardziej miękkie.
Czekałam i zastanawiałam się dlaczego jeszcze nie ma przy mnie Marka. Pewnie ma jeszcze jakiegoś pacjenta - myślałam ściskając torbę, w której ukryłam dwa malutkie buciki.
Próbowałam się z nim skontaktować, ale nie odbierał telefonu. Czekałam i patrzyłam przez okno, jak niedaleko restauracji zbiera się powoli tłum osób, potem zobaczyłam karetkę. „Pewnie jakiś wypadek " - pomyślałam.
Po godzinie czekanie zaczęłam się poważnie niepokoić. Wtedy zobaczyłam Grega wchodzącego do knajpki. Zdziwiłam się, że kolega Marka ma czas na lunch, a Mark nie. Greg podszedł do mnie.
- Cóż za zbieg okoliczności. Mam się tu spotkać z Markiem, więc jak przyjdzie to może razem zjemy lunch - uśmiechałam się do niego
- Kate... - Greg był blady i dziwny.
- A właśnie, powiedz mi, czy Mark ma jeszcze pacjentów, że nadal go nie ma?
- Kate... - mężczyzna nie mógł wydusić z siebie nic więcej.
- Co jest Greg? - czułam niepokój.
- Kate .....Mark....nie żyje.
- Co??? Żartujesz sobie??? - poczułam ukłucie w sercu.
- Potrącił go pijany kierowca, gdy szedł tutaj do Ciebie...zmarł na miejscu - widziałam łzy w jego oczach.
- To niemożliwe! Gdzie on jest??? Chcę zobaczyć swojego męża!!! - próbowałam wstać, ale... poczułam tylko zawroty głowy i straciłam przytomność...
Cdn...