- Proszę - powiedziałam słysząc
dzwonek do drzwi.
- Witaj córciu - przywitała mnie mama.
- Może ci coś pomóc? - zaproponowała.
- Nie trzeba. Usiądź, zrobię ci zaraz kawę, tylko skończę kroić warzywa na obiad.
- Myślałam, że zjadłyście coś na mieście z Brooke.
- Nic nie jadłyśmy. A przecież muszę coś zrobić, bo niedługo Mark wróci z pracy.
-Kate... Kochanie... Może byś porozmawiała z jakimś psychologiem - mama była zmartwiona.
- Ale po co? Nie jestem wariatką. Mark jest. Rozmawiał ze mną wczoraj. Daj już spokój.
- Ale czasami nasz umysł tworzy fałszywe obrazy, żeby w ten sposób zwalczyć ból. Kochanie zastanów się, pomyśl. Jesteś silna. Marka już z nami nie ma - mama była bardzo przejęta tym, co mówi.
- Faktycznie to dziwne - usiadłam na krześle, a mama mnie złapała za rękę - Może jego już nie ma... ale ja go ciągle widzę i z nim rozmawiam.
Pomyślałam przez chwilę.
- I to mi wystarczy! - nagle wstałam i zaczęłam kończyć kroić warzywa.
- Nie mogę się do niego przytulić, ale jest ze mną. Widzę go codziennie rano i wieczorem. Siedzi i mi się przygląda. Mówię mu, jak nasze maleństwo rośnie, a on się uśmiecha. Czuję jego obecność. To przecież najważniejsze, że czuję się szczęśliwa - mówiłam jak w obłędzie.
- Skarbie, może faktycznie go widzisz, ale skoro tak jest, to coś znaczy. Musisz mu pozwolić odejść...
- Nie!!! - przerwałam jej - Nigdy!! On musi być ze mną! Przestań już mówić na ten temat - zdenerwowałam się.
- Dobrze Kate, nie mówmy już o tym. Uspokój się.
Wiedziałam, że mama i dziewczyny martwią się o mnie i nie rozumieją tego, co czuję i widzę. Coraz częściej nachodziła mnie myśl, że może Mark naprawdę nie żyje i chce odejść, a ja mu nie pozwalam, dlatego go widzę. Ale jak mam mu pozwolić odejść? Jak? On jest miłością mojego życia. Bez niego nie dam sobie rady. Wystarczy mi świadomość, że go widzę. To mi pomaga...
Brzuszek z tygodnia na tydzień robił mi się coraz większy. Uwielbiałam go dotykać i głaskać. Codziennie też pokazywałam go Markowi, który tylko się uśmiechał. Pokoik miałam uszykowany. A dziewczyny starały się mnie traktować jak zwykle. Chociaż to nie było już to, co kiedyś...
Tego dnia było ciepło i naprawdę ciężko było mi się ruszać. W końcu to już ponad osiem miesięcy moje maleństwo jest w moim brzuszku. Obiecałam Brooke, że pochodzę z nią po sklepach i porozglądamy się za suknią ślubną. Umówiliśmy się w Three Rossess... jak kiedyś z Markiem.
Weszłam do restauracji. Natychmiast naszły mnie wspomnienia. Usiadłam. Zamówiłam wodę z cytryną i czekałam na przyjaciółkę. Czułam się dziwnie. Siedziałam i myślałam. Myślałam o mnie, o Marku, o tej całej sytuacji. Dobrze, że długo nie musiałam czekać. Zobaczyłam Brooke, jak do mnie szła po drugiej stronie ulicy. Machnęłam jej ręką, żeby czekała po tamtej stronie na ławce. Gestykulacją wytłumaczyłam jej, że zaraz zapłacę, przejdę przez pasy dla pieszych i przyjdę do niej. Brooke mnie popędzała ciągle patrząc na zegarek, więc tylko przez chwilę idąc w stronę pasów przypomniałam sobie, jak mówili mi, że właśnie w tym miejscu ktoś potrącił Marka. Śmiertelnie. Nie rozejrzałam się, czy nie jedzie jakiś samochód... zapomniałam... Wbiegłam na pasy... usłyszałam straszny huk i krzyk. Potem poczułam ból. Świat mi zawirował i znowu zobaczyłam ciemność.